Wakacje dziecka w PRL-u

Fot. Flickr.com/simpleinsomnia
Dzień dziecka? Nie obchodziliśmy go prywatnie. Były jakieś przedstawienia przedszkolne albo szkolne akademie. Piszę książkę na temat życia młodej rodziny z dzieckiem w PRL-u. Będzie oparta na dziennikach jakie prowadzę od prehistorycznych czasów. Tamte czasy dla nas nie były łatwe, były groźne, biedne i śmieszne też. Niektórzy, jak ubecja oraz cały komunistyczny establishment byli zamożni, ustawieni. Mieli swoje domy wypoczynkowe, sklepy „za żółtymi firankami”. Ich dzieci jadły, mandarynki i banany! Stąd mówiło się o wybrańcach bogów i komuny: bananowa młodzież. To było państwo w państwie. Reszta narodu była „drugim sortem” musiała wszystko „zdobywać” i jakoś sobie radzić.

Młodzi inteligenci jeśli mieli rodzinę na wsi, wysyłali tam dzieciaki, albo załatwiali kolonie letnie. W naszym przypadku były to kolonie uniwersyteckie, na prywatne nie było nas stać. Jeździliśmy także razem z dzieckiem na „wczasy”, bo uniwersytet dostawał przydziały i dołączano naukowców do robotników. Taka to była więź robotniczo-chłopsko-inteligencka.

Znalazłam w swoich, wydanych w 2006 roku dziennikach, notatkę o wyjeździe do Ustki na takie właśnie wywczasy, z synkiem, który trzy dni przed wyjazdem, pechowo złamał rękę!

Najpierw zawieźliśmy go na pogotowie, potem przewieźli nas po szpitalach, wreszcie na Kopernika młody lekarz zlitował się i założył mu gips. Pytałam czy będziemy mogli jechać nad morze, na wakacje. Założył mu więc lepszy, lżejszy gips, żeby dziecko się nie męczyło. System nie wszystko zniszczył w ludziach”.

No i pojechaliśmy, a wyglądało to tak: „Wyjechaliśmy o piątej rano, o czternastej (!!!) byliśmy już w Ustce. Dobrze, że jest świetna pogoda, bo mieszkamy w blokach, naprzeciwko dworca. Taki jest widok: z jednej strony dworzec, z drugiej wykop ze spychaczami. Na szczęście morze nic a nic się nie zmieniło. Piasek biały, czysty, nieskalany, pełno go w butach, w rzeczach, w uszach i różnych zakamarkach ciała. Nasz syn świetnie sobie radzi z ręką. Błogosławię tego młodego lekarza, coś mnie tknęło, że powiedziałam o wakacjach, bo normalnie kładą gips ciężki jak cholerny beton”.

A teraz powrót: „Wyjechaliśmy z Ustki o 19.40, ale w pociągu siedzieliśmy już od 16.00. Nie było miejscówek, kupiliśmy pierwszą klasę, ale musieliśmy przyjść wcześnie, bo dzikie tłumy wsiadają, a przecież trudno, żeby dziecko z ręką w gipsie stało tyle godzin. To upokarzające, takie polowanie na miejsca, ale kogo to obchodzi. Spędziliśmy 15 godzin w pociągu. To obłęd, a nie wakacje”.

Chyba lepsze były kolonie. Nie chcieliśmy, żeby dzieciak siedział latem w murach. Pojechał więc wynajętym przez UW autokarem na kolonie do Łukęcina. Pisywaliśmy do siebie prawie codziennie. Listy szły dość długo, a paczki jeszcze dłużej. Wysłaliśmy paczkę, która szła i szła…

Kochani rodzice na ten list już nie odpisujcie, bo odpowiedź nie dojdzie przed wyjazdem, do którego zostało jeszcze tylko 7 dni, 168 godzin. Ostatni tydzień nie będzie taki nudny, gdyż w planie jest wiele imprez. Będą wycieczki, statkiem do Dziwnowa, do Kamienia pomorskiego. Dziś mamy dyżur, siedzę na warcie. Brulion mi się skończył a w tutejszym kiosku nie można dostać nowego. Dziś spadł deszcz. Jutro bal przebierańców. Można robić ćwiczenia, za które dostaje się żetony za które można kupić różne rzeczy.

A oto list z kolejnych kolonii, niezłe gryzmoły: „Kochani rodzice, paczka jeszcze nie doszła, dziękuję za bardzo duży list a szczególnie gumę do żucia. W naszej grupie jest chytrus, który z nikim się nie dzieli paczkami. Oczywiście jak do mnie przyjdzie paczka, to też nie dostanie. Inni dostaną. Proszę was, żeby w paczce były nie jakieś kosztowne czekoladki tylko pół kg jak najtańszych np. po 28 zł kg do tego jakieś lizaki i może upieczesz trochę ciasta. Nie kupujcie mi mapy wybrzeża, mam dokładną, jest na niej nawet Łukęcin! Proszę, żebyście mi przysłali 20 zł. Mimo że jest tu kolorowy telewizor a to już jest coś, to mimo to tęsknię do was już bardzo i dlatego proszę, żeby Tomek Szapiro zrobił wam jakieś zdjęcie i przysłał mi. Dziękuję za pocztówkę, mogę patrzeć na prawdziwą Warszawę. Przesyłam wam bajkę, którą napisałem na jednym leżakowaniu. Znudził mi się głupi Łukęcin, nie chcę głupich kolonii, chcę zobaczyć ciebie i tatę! Chcę do domu!

Przepraszam za błędy w poprzednim liście, nie mogłem od razu odpisać bo dostałem go dopiero na wieczornym apelu, kwadryliony pocałunków wasz kochający synek.


Czekałam na jego powrót, stęskniona jak on! I pełna niepokoju, bo dzieci się przeziębiały, nasz miał zapalenie ucha. Czekałam więc z mocnym postanowieniem, że będę uczyła go kaligrafii, bo odczytywanie listów było zadaniem godnym szyfranta.

Notatka z dziennika: „Synek wrócił z kolonii. Autokary z dziećmi jechały 13 godzin! Spóźniały się, a my rodzice czekający, odchodziliśmy od zmysłów i zaraz wracaliśmy do siebie, żeby dalej czekać.

POLUB NAS NA FACEBOOKU